Źródło: Sekty i Fakty

Himawanti się mści

Piotr Tomasz Nowakowski

W poprzednim numerze pisaliśmy o samorządowych ambicjach Ryszarda M., samozwańczego specjalisty od egzorcyzmów, uzdrawiania i innych sił nieczystych, a jednocześnie guru sekty Himawanti, który zaangażował się w jesienne wybory z ramienia Antyklerykalnej Partii Postępu "Racja". Na wiosnę po raz kolejny ukazał on swą prawdziwą twarz, mszcząc się na bydgoszczanach, którzy wystąpili z ruchu. - Taki los spotyka odchodzących - wyznaje była członkini sekty.

Bractwo Zakonne Himawanti działa od blisko ośmiu lat. Obecnie funkcjonuje ono w formie lokalnych organizacji o różnym statusie formalnym (najczęściej klubów i stowarzyszeń psychotronicznych), które organizują na terenie całego kraju warsztaty praktyczne: weekendowe spotkania medytacyjne oraz turnusy w górach.

Mistrz naucza, że pierwszym stopniem wtajemniczenia jest oderwanie się od przeszłości, należy więc zerwać kontakty z rodziną, zostawić żony, mężów i dzieci, a później spalić wszystkie rodzinne fotografie. Udział w medytacjach kosztuje kilkaset złotych. Najpilniejszych uczniów guru mianuje nauczycielami. Jednak nie wszyscy wytrzymują próbę wierności.

Wyznawcy odchodzą

- Staliśmy się dla ludzi z Himawanti innowiercami - uważa bydgoszczanin Tadeusz M. Z relacji mężczyzny wynika, że guru sekty najpierw zażądał od wyznawców stałego wspierania finansowego ruchu, później polecił rozesłać ulotki z groźbami do zakonów, Kościoła oraz prezydenta. Przekonywał też o wszechobecnym złu.

Tadeusz M., stosownie do polecenia mistrza, spalił zdjęcie rodzinne, opuścił bliskie osoby, głodował i medytował, wierząc że przyczynia się w ten sposób do uzdrowienia swej duszy. Jednak propagowane hasła i ulotki - jak przekonuje - były już dla niego przesadą. Dlatego odszedł z sekty.

Bożena M., jeszcze do niedawna gorliwa uczennica samozwańczego mistrza, żali się, że została uprowadzona, pobita i okradziona. Pochodzi z Bydgoszczy, ma 38 lat i z zawodu jest nauczycielką historii. Skończyła uniwersytet w Toruniu, gdzie przez pewien czas mieszkała.

Zaczęła ćwiczyć jogę i medytować. Lekcje odbywały się w lokalach na obrzeżach Torunia, zaś potem w Bydgoszczy, w harcówce i świetlicy szkolnej. Wkrótce guru stał się dla niej kimś najważniejszym w życiu. Zostawiła rodzinę, dziecko i jeździła za nim po całym kraju. Wreszcie sama awansowała na stopień nauczyciela.

Przetrzymywana siłą

W kwietniu, dwa dni przed święta-mi wielkanocnymi, guru wraz z dwiema uczennicami zwabił podstępnie Bożenę M. do jednego z mieszkań. Trzymając w ręce włączony paralizator, kazał zrewidować kobietę - ponoć by sprawdzić, czy nie ma podsłuchu. Zabrano jej wszystkie pierścionki i telefon komórkowy. Ryszard M. przystawił jej nóż do gardła, uderzył i kazał napisać oświadczenie, że jest dłużna bractwu 7 tysięcy złotych, jak też że jej przyjaciel należy do ugrupowań terrorystycznych (Hamasu i al-Kaidy).

Bożena M. zmuszona została ponadto do napisania listów, w których przeprasza lidera Himawanti za zniesławienie (potem rozesłano je do osób związanych z bractwem). Przetrzymywana siłą kobieta nawet do toalety nie mogła wyjść sama. W końcu wycieńczoną wypuszczono.

Poszkodowana natychmiast powiadomiła o zajściu policję, w efekcie czego funkcjonariusze zatrzymali 48-letnią Annę W. Guru wraz z drugą uczennicą zniknął. Sprawą zajęła się prokuratura, na której wniosek sąd aresztował kobietę. Podejrzana odpowie za udział w rozboju z użyciem niebezpiecznych narzędzi, pozbawienie wolności, usiłowanie doprowadzenia do fikcyjnej pożyczki oraz przymuszanie do składania fałszywych oświadczeń.

Guru aresztowany

Wkrótce aresztowano również Ryszarda M., którego następnie policyjna furgonetka przywiozła do Bydgoszczy. Wypada tutaj nadmienić, że samozwańczy guru sekty Himawanti był nawet poszukiwany listem gończym. Ryszard M. został przesłuchany. Jak nieoficjalnie wiadomo, zaprzeczył zarzutom. Stwierdził, że nie uczynił nic wbrew czyjejś woli. Wyparł się też fałszowania dokumentów.

Nie jest to pierwsze aresztowanie przywódcy sekty. Przed kilkoma laty doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, kiedy to po zatrzymaniu Ryszarda M. jego wyznawcy koczowali przed aresztem, paląc znicze i modląc się. Kierowali poza tym pisma z żądaniem zwolnienia guru.

Jesienią ubiegłego roku policjanci z Centralnego Biura Śledczego po raz kolejny zatrzymali szefa sekty za grożenie wysokim urzędnikom kościelnym i państwowym. Guru trafił za kratki, lecz na początku tego roku sąd zwolnił go z aresztu ze względu na zły stan zdrowia. Nic dziwnego, jaki jest jego stan zdrowia, każdy widzi...

Piotr Tomasz Nowakowski