Świadectwo
"Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie" (Mt 6, 24).
Dystrybutorzy Amway'a
Pod koniec marca 1994 roku, znajomi przekazali nam z żoną zaproszenie na pewne spotkanie, podczas którego dowiedzieliśmy się o możliwościach osiągnięcia dodatkowych (i to nie małych) dochodów. Jako, że nigdy nam się nie przelewało, daliśmy się ponieść pięknym wizjom o spokojnym i dostatnim życiu, które miało być w zasięgu każdego, kto podejmie pracę dystrybutora Amway'a. Postanowiliśmy więc spróbować swoich sił na tym polu.
Początkowo mieliśmy dużo zapału i entuzjazmu, jednak wkrótce zaczęły pojawiać się w nas pewne wątpliwości i moralne opory. W praktyce bowiem nie wyglądało to wszystko tak różowo, jak nam próbowano przedstawiać na różnych spotkaniach czy seminariach. Określano tam dystrybutorów Amway'a jako "jedną wielką szczęśliwą rodzinę".
Pierwsza wątpliwość dotyczyła przyjaźni, o której tak dużo się mówiło, a która oparta była na pieniądzach. Czuliśmy wyraźnie, że ocenia się nas na podstawie naszych osiągnięć. Amway głosił: "Masz prawo do marzeń. Pomyśl, co byś chciał mieć. Może to być nawet pomysł z pozoru nierealny. Jakiś dobry samochód, dom z basenem, czy cokolwiek co wydaje ci się potrzebne". Nikt jednak nie mówił o konieczności rozeznania swoich pragnień, ani nie zadawał pytań o ich relacje do woli Bożej.
W jednej z ulotek, rozdawanych podczas seminariów, przeczytaliśmy m.in. takie słowa: "Wierzę w Boga, Rodzinę i SUKCES. Kiedy pracuję, odwracam tę kolejność". Czyli SUKCES, Rodzina i Bóg - taką kolejność wartości proponuje Amway. Dla sukcesu należało poświęcić czas, ograniczając kontakty z rodziną i znajomymi.
Docierały do nas co prawda pewne uwagi czy ostrzeżenia ze strony przyjaciół, którzy już wcześniej zetknęli się z tym zagadnieniem. My jednak próbowaliśmy je ignorować i szliśmy dalej.
Wiele czasu musiało upłynąć zanim nabraliśmy przekonania, że popadamy w uzależnienie ekonomiczne (Amway żąda od swoich dystrybutorów bezwarunkowego podporządkowania tzw. Wielkiemu Planowi).
Fascynacja New Age
Na seminariach organizowanych przez Amway, zetknęliśmy się z literaturą zaliczaną do NEW AGE, którą tam mocno propagowano. Długo nie trwało, gdy pod jej wpływem otworzyliśmy się na różne sposoby, które miały nam pomóc w osiągnięciu życiowego sukcesu. Sukces ten, kojarzył nam się wtedy z osiągnięciem jak najwyższej pozycji w strukturach Amway'a i ogólnym rozwoju naszej osobowości.
Pochłanialiśmy jedną książkę za drugą. Szczególnie ja chciałem się dowiedzieć z tej literatury jak najwięcej o psychologii, podświadomości, postrzeganiu pozazmysłowym, snach, magii, UFO, religiach wschodnich, medytacji transcendentalnej, jasnowidzeniu, reinkarnacji ...... itp.
Przez New Age do Metody Silvy
Ktoś ze znajomych polecił nam "Kurs Samokontroli Umysłu Metodą Silvy". Z otrzymanej ulotki dowiedzieliśmy się, że jest to "efektywna metoda gwarantująca rozwój i kontrolowanie umysłu". Uczestnicy owego kursu mieli jakoby w krótkim czasie nauczyć się, jak stać się zdrowszym, bardziej produktywnym, lepszym i bardziej efektywnym w rozwiązywaniu problemów. Czyli Metoda Silvy miała proponować nam to o co nam chodziło. Pomyśleliśmy, że jak połączymy to z Amway'em to sukces będzie murowany!
Tak więc skończyliśmy I i II-gi stopień "Kursu Silvy" wierząc, że teraz dopiero będziemy mogli właściwie pokierować naszym życiem. Zachęceni tą myślą zagłębialiśmy się w medytacjach, wizualizacji, treningach samodoskonalenia, samouzdrawiania, samo... .
No właśnie. Wszystko to zdawało się być piękne, ale zorientowaliśmy się po pewnym czasie, że tak jak we wszystkim co głosi New Age, tak i tu nie ma miejsca dla Boga w rozumieniu chrześcijańskim; czyli jako Stworzyciela, Pana i Uzdrowiciela. Sprowadza się go tu do jakiejś Uniwersalnej Mocy, czy Wszechogarniającej Energii Kosmicznej, której częścią składową ma być też człowiek. Stawia się tu nawet znak równości między człowiekiem a tak rozumianym Bogiem.
Zagłębiając się coraz bardziej w siebie i wywyższając się jako zdolnego do samouzdrawiania czy samozbawienia, człowiek może dojść do wniosku, że Bóg nie jest mu już wcale potrzebny, gdyż sam może stać się bogiem. Metoda Silvy propaguje popularne głównie w Stanach Zjednoczonych, posiadanie własnego doradcy duchowego, z którym człowiek ma kontaktować się poprzez medytacje. Większość uczestników Kursu nie ma pojęcia i nie zastanawia się nawet nad tym, od jakich Sił ów "doradca" pochodzi.
Jeżeli nie potrafi się rozeznać pochodzenia "doradcy", dochodzi do przyzwolenia na działanie w nas szatana, w którego istnienie wielu z nas zdaje się nie wierzyć. On jednak realnie istnieje i lubi posługiwać się naszą podświadomością. Teraz zdajemy sobie sprawę, iż uzdrowienia mogą również następować dzięki jego działaniu. Wiemy też, że gdy ktoś jest uzależniony od mocy ciemności, jest w pewien sposób zablokowany na działanie Boga.
Czciciele Sai Baby
W trakcie naszego zagłębiania się w samodoskonalenie Metodą Silvy, zostaliśmy zaproszeni przez znajomego na spotkanie polskich wyznawców Sai Baby - indyjskiego guru, wielbionego przez tysiące (jeśli nie miliony) ludzi na całym niemal świecie. Nazywa on siebie "awatarą" Boga, który w nim miał przybrać ludzką postać.
Ów znajomy próbując przybliżyć nam postać Sai Baby mówił, że ma on posiadać umiejętność poznawania myśli swoich wyznawców. Potrafi też jakoby materializować różne przedmioty (zazwyczaj złote krzyże, lub pierścienie z jego wizerunkiem) i "stwarza" vibhuti - "święty" popiół, który ma rzekomo właściwości powodujące uzdrowienie.
Spotkanie odbyło się w mieszkaniu jednej z długoletnich wyznawczyń indyjskiego guru. Gospodyni przyjęła nas dosyć chłodno. W rogu pokoju zauważyliśmy mały ołtarzyk z portretem Sai Baby. Podczas spotkania, jego uczestnicy mantrowali, medytowali, oddając Sai Babie cześć równą Bogu.
Na koniec spotkania dzielili się swoimi doświadczeniami płynącymi ze spotkań z guru. Okazało się bowiem, że wyznawcy Sai Baby co jakiś czas jeżdżą do Indii, aby tam się z nim osobiście spotkać. Jak wspominali; gdy raz dojdzie do spotkania, czują w sobie jakąś siłę, która każe im ponawiać te dalekie odwiedziny.
Ze spotkania, na które wybraliśmy się ze zwykłej ciekawości, wracaliśmy dziwnie czymś zaniepokojeni. Narastający w nas niepokój (teraz wiemy już skąd pochodził), rozbudził w nas potrzebę zwrócenia się do jakiegoś księdza, aby wyjaśnił jego źródło.
Znacznie później wpadła mi w ręce książka Barbary Szandorowskiej "Spotkanie z guru", która jest relacją wyprawy autorki do ashramu Sai Baby. Pisze w niej, że będąc zafascynowana nadprzyrodzoną mocą guru, dołączyła do kręgu jego wyznawców. Dopiero gdy ofiarowała mu całkowicie swoje serce, obwołując go swym panem odkryła, że tak naprawdę zaprzedała się diabłu. Miała też ogromne trudności w uwolnieniu się spod mocy tego potężnego "Mistrza Duchowego".
Powrót
Zagadnięty przez nas ksiądz okazał się osobą nad wyraz kompetentną. Tematy, które mu przedstawiliśmy nie były dla niego obce. Długo ze sobą rozmawialiśmy, po czym zaprosił nas do uczestnictwa w spotkaniach jednego z ruchów Kościoła Katolickiego. Od tej pierwszej rozmowy nastąpił nasz powrót do Boga i Kościoła, od którego chyba nigdy zbyt daleko nie odeszliśmy (choć byliśmy już na dobrej drodze w tym kierunku), lecz z pewnością odwróciliśmy się.
Będąc już w Oazie mieliśmy okazję obejrzeć na video amerykański film dokumentalny pt. "Bogowie New Age". Po jego obejrzeniu ogarnęło nas przerażenie na samą myśl o tym w co myśmy brnęli i jak mogło to się dla nas skończyć. Ten film był dla nas szokiem. Dziękowaliśmy Bogu, że nas uchronił, stawiając w samą porę na naszej drodze księdza Henryka. Postanowiliśmy wtedy już definitywnie zerwać z pewnymi pozostałościami naszych półtorarocznych zainteresowań, które niewiele miały wspólnego z Bogiem.
Tak też pod koniec ubiegłego roku, rozpoczęła się moja współpraca z Oficyną Wydawniczą "RAZEM", wydającą kwartalnik "Sekty i Fakty". Czułem, że nasze doświadczenia mogą pomóc innym ludziom, a udzielanie się w tworzeniu pisma, będzie z mojej strony pewną formą zadośćuczynienia za dawne błędy.
Bogdan

