Źródło: „Notes Wydawniczy”, 07 października 2004

Tolle et lege

Krzysztof R. Jaśkiewicz

Janusz Korwin-Mikke słynący z ostrego języka narzekał niegdyś, że ‘powszechna nauka czytania i pisania przyniosła wątpliwe owoce’. Pytany wówczas, dlaczego tak sądzi, zwykł krótko wyjaśniać: ‘Bo ludzie czytają horoskopy, a piszą donosy’. Przypominam to dictum, gdyż słowa te przytoczył pewien rodzimy profesor teologii, co ważne cywil, a nie duchowny, zapytany o komentarz po lekturze Kodu Leonarda da Vinci.

Czy więc istotnie bestsellerowy Kod Dana Browna jest rodzajem donosu, który tym tylko różni się od anonimu, że autor podpisał się pod nim jakby z rozpędu? Zważywszy, iż Brown nieustannie mija się z faktami, uwaga Korwina-Mikkego nie wydaje się być nazbyt przesadzona. Co więcej, jest wielce na rzeczy, o czym przekonuje w swej pracy - Zrozumieć Kod Da Vinci Amy Welborn. Brown – zdaje się mówić Welborn - kreując bowiem swój powieściowy świat z elementów często fikcyjnych (pisał wszak powieść), nie zapominał ani na chwilę, by nazywać je, a jakże, faktami naukowymi. Cóż, nie znając naszego Leca, nie przypuszczał chyba, że ‘fakt będzie zawsze nagi - choćby był ubrany według ostatniej mody’…

A powieść Browna, trudno temu zaprzeczyć, to rzeczywiście ‘ostatni krzyk mody’. Sprawnie napisana. O fabule osadzonej we współczesnych realiach. Intrydze przykuwającej uwagę. A wszystko po to, by w końcu odsłonić tajemnicę, którą przed światem – od przeszło dwu tysiącleci - wstydliwie próbuje ukryć chrześcijaństwo. Takie są ambicje Browna, który przez swą powieść chce uczyć nas historii. Demaskować jej rzekomy fałsz. Zwraca na to uwagę Amy Welborn, wskazując, że nie bez przyczyny Dan Brown wszystkie tezy o historii chrześcijaństwa wkłada w usta powieściowych naukowców: Langdona i Teabinga. Ci nie tylko cytują różne współczesne opracowania, nie tylko posiłkują się hipotezami wybitnych uczonych, ale wszelkie swoje twierdzenia poprzedzają swoistymi ‘korporacyjnymi mantrami’ typu: ‘historyków do dziś zdumiewa’ lub ‘wielu badaczy twierdzi’, tak, aby status ‘naukowości’ przypisać tezom uznanym powszechnie za absurdalne. Welborn ujawnia ten misterny mechanizm, a na wsparcie swych opinii, dotyczących metody Kodu, przywołuje słowa samego Browna. Ów też wcale nie kryje podstawowego celu swej powieści, która ma być sposobem opowiadania ‘zagubionej historii’, jaką jedynie jemu udało się w końcu odkryć.

Czy jednak na pewno pragnieniem Dana Browna była prawda? Amy Welborn nie ma wątpliwości, że celem Kodu było przede wszystkim jej zniekształcenie. ‘Zniekształcona nieco prawda – jak zauważył słusznie Lichtenberg - to najniebezpieczniejsze kłamstwo’. Chyba był tego świadom autor Kodu Leonarda da Vinci. Nie od dziś przecież fałszywi prorocy legitymują się często autentycznymi dokumentami. Nie tak łatwo ich zatem wytropić. Trudno też udowodnić im niecne zamiary.

Tym więc twardszy orzech trzymała w swych rękach Amy Welborn. Ale do rozłupania go zabrała się rozważnie i metodycznie. Bez zbędnych emocji wskazuje w swej pracy te miejsca w powieści Browna, które wyraźnie przekraczają granice wyznaczone cechą gatunku. Bo choć fikcja w powieści osnutej wokół historycznych zdarzeń jest czymś naturalnym, to wykrzywianie historii uznać należy – eufemistycznie rzecz określając - już za zabieg tę konwencję łamiący. Przykłady? Jest ich wiele. Choćby ten, że wedle Browna to cesarz Konstantyn, z powodów czysto politycznych, przesądził o ‘bóstwie’ Jezusa. Brown zatem zapomina lub nie zdaje sobie sprawy z istnienia formuły kerygmatycznej, jaka pojawiła się tuż po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Zresztą ‘cud zmartwychwstania’ był wówczas i jest i dziś główną treścią kerygmatu wiary. Początki zaś kerygmatu to nie IV a I wiek. Cóż to jednak bez mała trzysta lat z perspektywy XXI wieku? Inny przykład: Brown twierdzi, że na obrazie Da Vinciego (?) – ‘Ostatnia Wieczerza’ - postać uważana dotąd za św. Jana to Maria Magdalena. Nic bardziej mylnego. Na tym obrazie nie ma Marii Magdaleny. Choć ta zgodnie ze spreparowaną przez Browna teorią winna była tam być, by być znakiem Świętego Graala. Niestety, żaden z wybitnych historyków sztuki nie zechciał podzielić tego niezwykłego spostrzeżenia Browna.

W ten właśnie sposób Welborn odsłania krok po kroku elementy pisarskiego instrumentarium Browna. Robi przy tym wnikliwy przegląd jego biblioteki, którą mniej lub bardziej wyraźnie umieścił w różnych miejscach swej powieści. Budzi tylko zdziwienie, że Brownowi ani razu nie udało się zajrzeć do Ewangelii kanonicznych, choć nieustannie posiłkuje się apokryfami, których wartość kerygmatyczna jest co najwyżej wątpliwa.

‘Autor – wyznał kiedyś Józef Conrad – pisze tylko połowę książki: druga połowa należy do czytelnika’. Brown o tym chyba zapomniał. Na szczęście przypomniała mu o tym Amy Welborn. I choć jej praca w zestawieniu z powieścią Browna wygląda raczej skromnie, to tak naprawdę ‘dużo wcale nie znaczy dobrze, ale dobrze – zauważał Demostenes – zawsze znaczy dużo…’ Każdy więc, kto przebrnął już przez Kod Browna, powinien sięgnąć i po Amy Welborn. Z szacunku dla wiedzy. Dla prawdy. Dla siebie. Zatem: tolle et lege. Bierz i czytaj!

Krzysztof R. Jaśkiewicz



www.eNotes.pl